Blog towarzyszący do moich recenzji książek na portalu Paradoks.
Blog > Komentarze do wpisu

Z próżnego w pełne

Nie dziwi mnie fakt, że w sieci mało jest recenzji „Próżniowędrowca” Seana McMullena. Nie dziwi z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze jest to trzeci tom serii, a po drugie McMullen ogólnie nie cieszy się zbyt wielką estymą w fandomie. A przynajmniej fandom nie dyskutuje za wiele o tym autorze. A szkoda, bo pisze bardzo przyjemną fantastykę.

Pierwszy tom „Podróż 'Mrocznego Księżyca'” została wydana na początku 2006. Teoretycznie nie jest to zbyt dawno temu. Nakład wyczerpany - twierdzi wydawca. Druga część „Szklane smoki” jest z połowy 2007. Trzeci tom z sierpnia 2008. Czyli jednak nie jest to stara seria. Ludzie czekają na kolejne części starszych serii. Do głowy nie przychodzi mi akurat żaden przykład, ale to jeszcze o niczym nie świadczy. McMullen nie należy do wyczekiwanych autorów. Wydaje mi się, że winą można obarczyć wydawnictwo Prószyński i S-ka. Tak wielka firma nie ma czasu zajmować się promocją średnio znanego australijskiego autora. Czyli to też nie do końca wina wydawnictwa, a jego wielkości. Chyba.

Tom czwarty teoretycznie już wyszedł w zeszłym roku. Jednak u nas w zapowiedziach go nie ma. Czekam. Swoją drogą miło, że autor umieszcza na swojej stronie internetowej okładki różnych wydań. Załapało się też polskie. Właśnie - okładki. Przykro mi rozwiewać czyjeś przekonania, ale według mnie okładka ma duże znaczenie przy wyborze książki. Po coś zresztą jest, prawda? Niestety okładki McMullena są mało zachęcające. „Głosy w jasności” i „Wschód lustrosłońca” również nie zachwycają pod tym względem. A przecież w obu przypadkach pomysł na świat i bohaterów jest bardzo ciekawy. Gdyby okładka poza nawiązywaniem do fabuły była również ładna, po prostu ładna - więcej czytelników by się na nią skusiło. Ale fakt, trzeba wydawnictwu policzyć na plus, że okładki mają związek z treścią.

Na stronie Prószyński i S-ka zamieszczone są informacje o patronach medialnych. Czy oni przypadkiem nie powinni w związku ze swoim patronatem mieć na stronach recenzji danej książki? Jakoś nie mogę znaleźć. Jak w takim razie książka ma być wypromowana?

Z drugiej strony rozumiem, że niektórym może się nie podobać twórczość tego autora. Rozumiem też, że nie można promować każdego autora. I chyba McMullen padł ofiarą takiego rozumowania. Nie jest Dukajem, czy innym Martinem. Ale przecież nie ma obowiązku, żeby każdy pisał tak jak Dukaj, Sapkowski, Mieville. A mimo to powstaje intrygująca literatura. Tak właśnie ma być.

Podobały mi się wszystkie książki tego autora, które przeczytałam. Owszem, szkoda, że Laron nie jest potem już tak ważny i ogólnie z potężnego bohatera zrobił poważny krok w tył, co w sumie jest dość innowatorskim podejściem do postaci. Zazwyczaj bohaterowie są na początku słabi, a potem w miarę rozwijania się akcji dostają dodatkowe moce. Laron te moce traci. Na szczęście pojawiają się inni, którzy zgrabnie ciągną całość. Wydaje mi się, że w „Szklanych smokach” autor nie wiedział, co robić dalej. W trzecim tomie znów ma bohatera, którego może przeciągać po zbitym szkle. Z opisu czwartej części wnioskuję, że będzie walczyć z czasem. Czyli McMullen zdecydował się na następnego głównego bohatera.

Na Paradoksie pojawiła się swego czasu recenzja „Szklanych smoków” autorstwa Arganthe. A w niej takie oto słowa:

Autor "Szklanych smoków" z pewnością wiele zawdzięcza królowi humorystycznej fantasy - Terry'emu Pratchettowi. Podobny jest nie tylko typ żartów - również niektóre elementy wykreowanego przez McMullena świata Verralu muszą się wydać znajome każdemu, kto gościł już w Świecie Dysku.

Wychodzi na to, że autor piszący fantasy humorystyczne musi już zawsze uważać się za naśladownika Pratchetta. Tak samo wiadomo, że jak elfy, to Tolkien. Podobnie polski autor bawiący się językiem musi uważać się za naśladowcę Dukaja. W ten sposób został już chyba zaszufladkowany Jakub Nowak, ale o nim może innym razem. Takie życie autora.

Zastanawiam się, w jaki sposób autor mógłby wyrwać się z takiego przyporządkowania, nie tracąc niczego ze swojej indywidualności. Bo czy nie może czuć się dobrze w tym, co pisze, a co inni klasyfikują jako Pratchetta, Tolkiena, Dukaja? Czy musi wtedy liczyć się z tym, że zawsze będzie uważany za naśladowcę Lema? Czy to go w pewnym momencie nie stłamsi i nie sprawi, że zawsze już będzie w ten sam sposób pisał, bo tego się od niego oczekuje? Tego oczekują fani, ale w sumie nie jego tylko tak naprawdę fani Tolkiena? Czy też musi się liczyć z tym, że kiedy napisze inaczej (zgodnie lub niezgodnie ze swoimi przekonaniami) straci czytelników? A może zignorować czytelników? To dla kogo pisze autor? No cóż, zawsze może powiedzieć, że dla własnej przyjemności, względnie, że znajdą się jacyś czytelnicy.

Na stronie Valkirii znalazłam recenzję „Próżniowędrowca” autorstwa husieu. Zasadniczo nie zgadzam się już z pierwszym zdaniem tej recenzji. Chyba że o czymś nie wiem. Husieu pisze:

Danolarian Scryverin, który przedstawia się czytelnikom jako inspektor Straży Dróg z Kwadrantu Zachodniego, jest postacią bardzo dobrze znaną z innych tytułów Seana McMullena.

Właściwie, to Danolorian pojawił się już w pierwszym tomie. Tyle że nikt go w ten sposób nie nazywał. Nie był też pokazany, a - o ile dobrze pamiętam - jedynie mówiło się o nim. W drugim tomie pojawił się osobiście, ale był postacią trzeciorzędną. Czyli z tym „bardzo dobrze znaniem” nie do końca jest prawda.

Próżniowędrowiec nie zaskoczy niczym fana książek gatunku fantasy. W świecie kreowanym przez Seana McMullena żyją obok siebie czarnoksiężnicy, smoki, trolle. Jest to typowa rzeczywistość magiczna.

To raczej nie jest typowa rzeczywistość magiczna. Typowe są jedynie rekwizyty. McMullen zręcznie łączy je w coś więcej niż tylko sumę czarnoksiężników, smoków i trolli. Zastanawiam się, czy teraz nie przemawia przeze mnie po prostu fan pisarstwa McMullena.

Główny bohater spotyka na swej drodze Lavenci, którą to darzy uczuciem czystym, platonicznym. Od tej pory uniesienia i rozczarowania miłosne to główny temat całej powieści. Inne wydarzenia schodzą na drugi plan, na przykład olbrzymi meteor spadający z nieba, czy też najazd próżniowędrowców z Lupana. Danolarian dowiaduje się o licznych miłosnych przygodach ukochanej, okazuje się, że „dziewka ma haniebną przeszłość i jeszcze bardziej haniebną teraźniejszość”.

Hmm... dla mnie to wyglądało inaczej. Bohater przeżywa rozterki miłosne, ale jednocześnie walczy o uratowanie swojego świata. To nie jest tak, że serce przesłania mu wizjer. Z drugiej strony nie dziwię się, że sprawy miłosne są dla niego ważne. Dla każdego by chyba były.

 

Ale nie mam zamiaru walczyć o McMullena w tym sensie, że jego literatura jest super i jak ktoś nie lubi, to niech poda swoje dane, a ja już naślę na niego znajomych. Wydaje mi się jednak, że na tle niektórych wydawanych w Polsce książek, powieści McMullena są jak śliczne kwiatki na łące. I tyle. Co do tych „niektórych” to powstrzymam się z tytułami. Przemyślę sprawę. Zastanowię się.

Podoba mi się pomysł autora, jest egzotyczny. Już w „Głosy w jasności” i „Wschód lustrosłońca” zafascynował mnie świat. Jest egzotyczny, bo poaustralijski. Nie mieszkam w tamtych regionach. Australia to dla mnie inny świat, a McMullen robi z niego postapo, ale steampunk. W bardzo ciekawy sposób radzą sobie genialni mieszkańcy z problemem braku komputerów. To znaczy mało kto wie, jak tam wygląda komputer. Mniej więcej tak samo jak u Briana Herberta i Kevina J. Andersena w „Dżihadzie Butleriańskim” z tym, że McMullen dokładniej to pokazał. Swoją drogą, ciekawe który z nich był pierwszy. Szybkie sprawdzenie w sieci i wychodzi, że McMullen był szybszy, bo książka wyszła w 1994, a Herberta/Andersena w 2002. Alternatywna technika typu pociągi napędzane siłą wiatru lub mięśni podróżnych, czy sam motyw wezwania... Aż chce się czytać ponownie.

Liczę na to, że cała trylogia „Wielkozimia” zostanie wydana w Polsce. Nawet jeśli oznaczałoby to tłumaczenie pierwszego tomu, który u nas wydany był w dwóch tomach, a przez autora został potem „rewritten”.

 

Co do przygód Larona, Terikel i spółki, to oryginalność polega na tym, że akcja ma miejsce równoległe do naszego świata, tyle że na którejś z planet Układu Słonecznego. Co tam ma kilka księżyców i jakieś pierścienie?

Według mnie (ale podobną opinię znalazłam też w sieci) nie wszystkie pomysły zostały w pełni wykorzystane. Chociażby te biedne dwa serca. W pewnym momencie czytelnik nie widzi już odmienności tego świata. O ile w pierwszym tomie wspominało się często o kolorach, o problemach z pewnego rodzaju bronią, o tyle później autor uznał, że nie ma co ciągle przypominać o odmienności, przez co świat stał się „nasz”. Jasne, że nie należy przesadzać, tak jak to robi Jack Campbell w „Zaginionej flocie”, który w każdym tomie pisze o zasadach prowadzenia walki w kosmosie. Liczyłabym jednak na to, że McMullen potrafi w bardziej subtelny sposób pokazać, że gromadka dziwnych ludzi-nieludzi kręci się po świecie zupełnie odmiennym od naszego.

 

Trochę się rozpisałam.

piątek, 19 czerwca 2009, inken

Polecane wpisy

  • O różowym kruku i powrocie

    Długo mnie tu nie było, zastanawiałam się też nad tym, czy nie skasować bloga (to takie modne przemyślenie blogerskie), ale doszłam do wniosku, że skoro statyst

  • Zima

    Chciałabym podziękować tym, którzy tu jeszcze zaglądają :-)

  • "Pierścień Borgiów" i jesienny kryzys

    Na portalu Paradoks pojawiła się recenzja „Pierścienia Borgiów” Michaela White'a . Przyznam, że raczej nie czekam z niecierpliwością na kolejny tom.

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
statystyka