Blog towarzyszący do moich recenzji książek na portalu Paradoks.
Blog > Komentarze do wpisu

Modny fiolet

Będzie trochę o „Fiolecie” Magdaleny Kozak, ale też odrobinę o „Opowieściach z meekheńskiego pogranicza” Roberta M. Wegnera i homeopatycznie o „Magnetyzerze” Konrada T. Lewandowskiego oraz kryminałach Marcina Wrońskiego.

„Fiolet” Magdaleny Kozak zgotował mi niespodziankę. Podobał się, ale to takie podobanie się z wyrzutami sumienia. Książka sprawiła mi przyjemność, bo autorka chwyciła mnie za serce emocjonalnością, a jednocześnie mam wyrzuty sumienia, bo wiem, że nie jest to książka wysokich lotów, że prawdopodobnie już do niej nie wrócę. Tylko po czym poznać te wysokie loty? Przecież autorka przykuła mnie do swojej książki, napisała o przyjaźni, miłości, zazdrości i przebaczeniu albo czymś zbliżonym do przebaczenia. Wiarygodnie opisała uczucia, które są przecież ważne i dotykają każdego, a przynajmniej człowiek chciałby poznać taką przyjaźń, poczuć taką miłość. Z tą zazdrością, to już bym się nie rozpędzała. Dlaczego opisując tę książkę, nie mogę napisać bez popadania w ton zrzędliwy, że znów przyjaźń, miłość i ojczyzna?

A jednocześnie jest przykład inny, książka Roberta M. Wegnera „Opowieści z meekheńskiego pogranicza” tom 1, gdzie te wartości się pojawiają i stanowią wręcz podstawę tego świata, a przynajmniej podstawę funkcjonowania głównych bohaterów. Czy równica tkwi w tym, że powieść Magdaleny Kozak osadzona jest w naszym świecie, przesiąkniętym sceptycyzmem i niechęcią do różnych wartości? Natomiast Wegner mógł stworzyć sobie świat, w który wprowadza czytelnika i prezentuje mu realia „zastane”?

Może to wina Magdaleny Kozak, może moja.

 

Źródło fiołka

Ale wracając do osadzenia akcji w realiach Warszawy. Cieszy mnie fakt powstawania powieści, które są niejako hołdem oddawanym miastu i to jeszcze najlepiej w wersji retro, bo dla współczesnych to egzotyka w znajomych wnętrzach. Niezrozumiała jest jednak dla mnie miłość do Warszawy. Być może dlatego, że nigdy nie spędziłam w stolicy więcej niż kilka godzin. Zawsze przelotem, zawsze w konkretnym celu, jak na przykład odwiedzenie urzędów. Nigdy dla przyjemności. Nie poznałam ducha tego miasta. A przecież o Warszawie napisał Konrad T. Lewandowski. Pamiętam w telewizji program, w którym oprowadzał widzów po zaśnieżonym mieście, pokazując, gdzie rozgrywają się wydarzenia jego powieści. Tyle że z tego co pamiętam powieść pisana była „na zamówienie”. Czy można mówić o miłości autora do miasta, jeśli kolejne tomy poświęcał innym miastom? Nie miałam okazji przeczytać tych książek, więc głębiej się nie wypowiem. Być może narracja, czy zachowanie bohaterów nie wskazuje na miłość do stolicy.

Z pewnością jednak dało się to zauważyć w innej książce, która niestety była bardzo słaba, ale przepełniona głębokimi uczuciami do miasta. Nie będę wspominać tytułu, bo mi się wszystkie noże po kieszeniach otwierają, że ją kupiłam i jeszcze na dodatek przeczytałam.

W ogóle ten temat przyszedł mi do głowy, po przeczytaniu zalinkowanego na fejsie wywiadu z Tomaszem Bochińskim. Swoją drogą literówki są straszne. Wiem, że nie powinnam się czepiać, ale... strona jest Jakuba Winiarskiego, rozmawia z pisarzem o literaturze i okolicach, a ja się potykam na literówkach. Tak czy inaczej Tomasz Bochiński też wspomina o Warszawie, ale w przeciwieństwie do mnie jest rodowitym warszawiakiem i zapewne z tego powodu zupełnie inaczej widzi miasto, które ja widzę raczej negatywnie. Ha, Amerykę odkryłam ;-)

Być może powinnam przeczytać którąś z powieści Marcina Wrońskiego o Lublinie. Chodzą plotki, że na ich podstawie ma powstać miniserial telewizyjny. Jak zobaczę, to zobaczę ;-)

wtorek, 10 sierpnia 2010, inken

Polecane wpisy

  • O różowym kruku i powrocie

    Długo mnie tu nie było, zastanawiałam się też nad tym, czy nie skasować bloga (to takie modne przemyślenie blogerskie), ale doszłam do wniosku, że skoro statyst

  • Zima

    Chciałabym podziękować tym, którzy tu jeszcze zaglądają :-)

  • Nominacje do Żuławia nastąpiły, i nie tylko

    Maciej Guzek "Trzeci Świat";Łukasz Orbitowski "Święty Wrocław";Anna Kańtoch "Przedksiężycowi", t.1;Jarosław Grzędowicz "Pan Lodowego Ogrodu", t.3;Anna Brzezińsk

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2010/08/23 12:50:17
To dlatego, że jesteśmy wychowankami "szczytnej tradycji" i chcielibyśmy, żeby fantastyka była jak Polska - wyłącznie wielka, szlachetna i piękna pięknem głębokim, przecudną literaturą ujmując meandry ludzkich duszy. I potem dostajemy sprawnie napisaną strzelankę w klimatach SF, w której znajduje się miejsce i dla pisania o miłości i przyjaźni, choć w westernowym stylu. I wstyd nam, że się nam to może podobać, bo to nie Lem, ani nie Dukaj, albo choć Nowak czy Guzek.
Nie musimy być wielcy i wzniośli przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. A ja, na przykład, chętniej i częściej oglądam westerny niż filmy Bergmana:).
-
2010/08/25 09:16:47
Cieszę się, że to napisałeś. Jakoś mi lepiej :-)
-
Gość: Przewodas, 109.243.15.*
2010/10/09 11:54:16
Jeżeli hutnik dostaje zamówienie na wytop żelaza, to ono zaraz musi być gorszej jakości? Powieść to kilkaset godzin pracy, trzeba mieć nie po kolei w głowie by podejmować się jej bez zamówienia w sytuacji gdy trzeba zarobić na bieżące rachunki.

A co do innych miast, to masz niebywałą krytyczną okazję wychwycić czym się różni sentyment będący rezultatem wychowania w danym mieście od efektu "świeżego spojrzenia" na miasto znane dotąd tylko z lekcji geografii (jak było z Poznaniem).

Ostatnio zaś, też na zamówienie (wydawnictwa G+J) dokonałem głębokiego rozliczenia z Warszawą w powieści "Anioły muszą odejść", aż mi ulżyło. Premiera w marcu.
-
2010/10/20 19:34:48
Powieść to kilkaset godzin pracy, trzeba mieć nie po kolei w głowie by podejmować się jej bez zamówienia w sytuacji gdy trzeba zarobić na bieżące rachunki.

Jeśli te słowa odnoszą się do książki Magdaleny Kozak, to wydaje mi się, że jej te rachunki raczej nie dotyczą, bo to podobno jest jej pierwsza książka, jeszcze sprzed serii o Nocarzu i podejrzewam, że w związku z tym nie była nastawiona na opłacanie rachunków a spełnienie twórcze. Oczywiście mogę się mylić, nie rozmawiałam na ten temat z autorką.

W ogóle wydaje mi się, że czytelnicy bardzo często zapominają o tym, jaką pracę wkłada w pisanie autor. Może sądzą, że autor chodzi po mieszkaniu, ogląda widoki za oknem, siada przed komputerem/laptopem i pisze tak po prostu powieść. Tylko czy z drugiej strony czytelnik musi doceniać tę pracę? Albo czy autor musi bić czytelnika po oczach swoją pracą? (Jak na przykład według mnie Jacek Dukaj w "Lodzie"?) Ale też jako czytelnik nie lubię, kiedy autor się nie przykłada.

Nie czytałam powieści Marcina Wrońskiego. Czytałam wzmiankowaną powieść o Poznaniu i przyznam, że mi autor zaimponował. Jeśli jakimś przypadkiem trafi do mnie książka o aniołach, które muszą odejść, to przekonam się, jak autor może się rozliczać ze swoim miastem :-)
-
Gość: Przewodas, 94.254.229.*
2010/10/24 19:11:36
O sobie pisałem, jak zwykle...
Oczywiście, że najlepiej by było, aby książka była pisana hobbistycznie przez 10-20 lat, bez pośpiechu i w wolnych chwilach, jako odskocznia do pracy. Ale i to nie daje gwarancji sukcesu, czego Andrzej Zimniak świadkiem.

Rozliczenie z Warszawą polegało na zastanowieniu się nad pytaniem, czy przypadkiem warszawiacy nie zrobili kiedy czegoś, co usprawiedliwiałoby historyczne przykrości, które ich spotkały. Klątwa wiele wyjaśnia...
-
2010/10/25 12:55:59
Oczywiście, że najlepiej by było, aby książka była pisana hobbistycznie przez 10-20 lat, bez pośpiechu i w wolnych chwilach, jako odskocznia do pracy.

Ciekawe jak by wyglądała taka książka jako odskocznia od pisania książek tworzonych na zlecenie lub w celu zarobienia na życie? To tak trochę retoryczne pytanie, bo wiem, że jest naiwne :-)
-
Gość: Przewodas, 46.112.215.*
2010/11/08 18:32:53
W moim wypadku byłaby to książka kucharska, traktująca o gotowaniu nad ogniskiem.
statystyka