Blog towarzyszący do moich recenzji książek na portalu Paradoks.
środa, 29 lipca 2009

Jewgienij T. Olejniczak  napisał na Creatio Fantastica artykuł „Sami sobie sterem, żeglarzem i okrętem...” dotyczący problemów z recenzjami fantastyki. Nie jest to temat nowy, jest za to wciąż wałkowany, do czego i ja się poniekąd w tej chwili przyczyniam. Pojawiło się w sieci też kilka odpowiedzi na ten tekst, zazwyczaj niejako w opozycji do Olejniczaka. Wypowiedział się też Paweł Matuszek, naczelny Nowej Fantastyki we wstępniaku do sierpniowego numeru pisma. I wciąż się Olejniczakowi obrywa za swoje zdanie.

Faktem jednak jest, że środowisko fantastów domaga się od czasu do czasu akademickiego podejścia do fantastyki. Zastanawiam się jednak, po co ono w ogóle? Czy kryminały, romanse, przewodniki też się go domagają? Więc po co fantastyce dokładne rozbijanie książek, czy opowiadań na sprawdzanie pod względem koherencji, doszukiwanie się przezroczystości stylu (też ostatnio modna czynność) lub znajdywanie

- Para...

- ...lel.

Czy przeciętny czytelnik fantastyki potrzebuje długich i głębokich analiz powieści i opowiadań? Czy potrzebuje ich oczytany czytelnik? Jeśli oczytany potrzebuje, to tak naprawdę ich nie potrzebuje, bo sam jest w stanie na poziomie być może amatorskim, ale mimo wszystko jest w stanie przeprowadzić taką analizę utworu. Ma też narzędzia, by to uczynić, wie gdzie szukać, co więcej - chce szukać.

Rzadko sama szukam czegoś na temat każdej przeczytanej przeze mnie książki. Nie uważam się za specjalistkę, ale pewną podstawową wiedzę mam. Potrafię rozebrać na kawałeczki czytany utwór. (Niech narody nie klękają, bo wystarczy poczytać moje recenzje, żeby zobaczyć, że taka super to ja w te klocki nie jestem.) Nie zawsze to robię, bo nie zawsze jest w tym sens. Paweł Matuszek pisze wręcz, że prawie w ogóle nie ma to sensu w odniesieniu do literatury fantastycznej. I dobrze, szkoda marnować sił na coś, co nie przyniesie nic poza poznaniem, że dany tekst nie wart był tego wysiłku. Chociaż są oczywiście ludzie, którzy robią to dla przyjemności „skopania”. Czemu nie? W świecie wszystko jest możliwe.

Niech autorzy piszą dobre książki, a akademicy być może się zainteresują. Czy dobra książka to ta pisana o głębiach, czy taka, która się dobrze sprzedaje? Czy książka, która się dobrze sprzedaje, jest zła, bo się dobrze sprzedaje?

 

Na Creatio Fantastica znalazła się też „odpowiedź” napisana przez Tymoteusza Wronkę, zastępcę redaktora naczelnego portalu Katedra. Napisał on między innymi:

[recenzent] Ma odpowiedzieć na proste pytanie: czy dana książka się spodoba. Narzędzia, jakimi się w tym celu posłuży, są dowolne. Od odbiorcy wyłącznie zależy, czy będą mu odpowiadać i czy będzie się kierował zdaniem tego konkretnego recenzenta.

Z ostatnim zdaniem nietrudno się zgodzić. Według mnie przekłada się ono nie tylko na recenzenta internetowego, ale również na osławionego papierowego. Najłatwiej jest po przeczytaniu kilku książek, przeczytać też recenzje kilku recenzentów. Wtedy można sprawdzić z którym z nich ma się zbieżne odczucia i nic trudnego jak w przyszłości kierować się w zakupach, recenzjami tego konkretnego recenzenta. Nic nowego nie napisałam, bo tak samo napisał też Shadowmage.

 

Bardzo ciekawy jest też tekst Michała Cetnarowskiego „Lament miłośnika recenzji”. Zwłaszcza fragment o „rzetelnej recenzji akademickiej” jest... bo ja wiem? wstrząsający? Cetnarowski twierdzi, że w nowszych pracach naukowych (magisterki, doktoraty) zajmujących się fantastyką mało jest takich, które dostrzegałoby więcej niż tylko słowa. Czy to znaczy, że naukowcy, humaniści nie są twórczy w podejściu do przedmiotu analizy? Nie potrafią oderwać się od definicji, żeby zobaczyć całość tekstu w kontekście historii nurtu, motywu, cokolwiek? W tym momencie powinnam się zastanowić nad własną pracą magisterską i moim podejściem do „materiału początkowego”.

 

Zastanawia mnie agresja, która pojawiła się zarówno we wstępniaku Pawła Matuszka jak i tekście Michała Foestera „Manifest krytyka fantastycznego”. Dlaczego obaj z taką wyższością (?), niechęcią odnoszą się do propozycji Jewgienija Olejniczaka? U Matuszka jest to między innymi „telegraficzny skrót” tekstu Olejniczaka, „naiwny”, „żenujący”... Również Foester pisze w podobnym tonie. Cóż on im zrobił, żeby tak go traktować? Czy to dlatego, że obaj czują się w obowiązku do bronienia swoich okopów, mimo że sądzą, że nie muszą ich bronić? Olejniczak nie jest też bez winy, bo nie owija w bawełnę swoich zarzutów. Z jego słów przebija żal i pogodzenie się z zaistniałą sytuacją. Tylko czy jego nie owijanie w bawełnę zasługuje na ostre w tonie odpowiedzi? A może taka jest właśnie modna forma odpowiedzi, ostro i z przytupem? Shadowmage i Cetnarowski potrafili napisać kulturalnie i na temat. Tylko czy takie spokojne teksty wzbudzają emocje? Raczej nie. Natomiast wstępniak Matuszka jest z pazurem. Może chodzi o to, żeby pisać publicystykę jak Przewodas albo Kres? Być może. To kwestia na zupełnie inną dyskusję. Przy czym nie twierdzę, że Paweł Matuszek w ten sposób widzi realizację misji edukacyjnej pisma. Dlaczego więc Foester?... Ech, detale.

 

Tak na boku - Michał Foester napisał o „Lodzie” Jacka Dukaja:

Owszem, nie został dostrzeżony przez znaczną część recenzentów zajmujących się fantastyką, ale wynika to z tego, że zamiast czytelników mamy fanów.

No to mam wrażenie, że autor tej wypowiedzi kręci się w innym internecie niż ja, a wydawało mi się, że śledzę dużą część wydarzeń w dziale polskich portali fantastycznych. W każdym z nich była recenzja „Lodu” Jacka Dukaja. W jakość tejże recenzji już nie wnikam.

 

Kiedy czytam kolejną wypowiedź o tym, że fantastyka domaga się dostępu do morza... wróć! domaga się rzetelnego, akademickiego podejścia, wtedy wyobrażam sobie takie małe dziecko ubrane w kolorowe fatałaszki z czapeczką z dzwoneczkami. Ono skacze i wymachuje rękoma, domagając się uwagi. A obok nie stoi żaden dorosły, który dałby temu dziecku akceptację.

 

Ale nie mogę zgodzić się z Pawłem Matuszkiem, który twierdzi (czy prawa autorskie pozwalają mi na zacytowanie?):

Zdecydowana większość polskiej fantastyki to wtórna, banalna i schematyczna rozrywka – prawdziwie jarmarczna tandeta.

Owszem, ale czy rozrywkowość, ta niedobra tandeta nie są przypadkiem od zarania dziejów wyznacznikiem fantastyki? Czy ten zarzut nie jest w stosunku do fantastyki absurdalny? A co jeśli tak właśnie ma być? Czy „Wojna światów” nie jest tandetna, czy nie jest jarmarczny Conan? O czym w takim razie pisał Tolkien, Lem, czy Dukaj? No, Dukaj to jeszcze pisze. Co ich odróżnia od tandetności i jarmaczności? Bo chyba nie chodzi o fantastykę skoro Verne i Wells tworzyli bez dziesiątek lat poprzedników.

 

Tak naprawdę nie zgadzam się z częścią zaprezentowanych powyżej własnych opinii. Staram się jednak patrzeć na zagadnienia z różnych stron, wczuć się w „onych”. Kobiety tak mają.

 

PS. Dukaj zawsze wyskoczy z pudełka.

czwartek, 02 lipca 2009
Nagrody wzbudzają niesamowitą ilość emocji. Przynajmniej wśród części startujących i przyznających. Albo wśród części przyznających i startujących? Oczywiście najwięcej emocji wzbudza nagroda im. Janusza A. Zajdla. Tuż obok Śląkf, i Sfinksów, i Nautilusów, i Żuławskich, i tym podobnych.
statystyka