Blog towarzyszący do moich recenzji książek na portalu Paradoks.
czwartek, 17 września 2009
Ponieważ na chwilę obecną nie mam żadnej książki do recenzowania, a wszystkie wysłane recenzje już poszły w świat, muszę czymś zapchać tego bloga. Zwłaszcza, że nie chce mi się spełniać własnych założeń na ten blog właśnie.
poniedziałek, 14 września 2009

Polcon nie został przeze mnie odwiedzony. Następny również nie będzie i jeśli sprawdzą się przewidywana Szamana co do kolejnych dwóch lokalizacji, to w sumie wychodzi, że nie będzie mnie na Polconie przez trzy lata. Potem będę już za stara. Fakt, że do zniżek emeryckich na pociągi jeszcze trochę, ale ten czas się zbliża, a nie oddala, jak miał to w zwyczaju czynić wcześniej. Swoją drogą, nie wiem nawet, czy są jakieś zniżki dla emerytów.

Do ostatniej chwili zastanawiałam się, czy jednak nie zapakować się w pociąg i pojechać do Łodzi. Ale przeglądałam program Polconu i szczerze przyznam, że im dłużej go przeglądałam, tym mniej było ciekawych propozycji, które mogłyby mnie zachęcić do takiego poświęcenia finansowo-czasowo-wysiłkowego. Minusy przeważyły plusy. Może przewidując, że tak będzie wzięłam udział w nominowaniu do nagrody?

W kategorii powieści wygrała jedyna książka, którą czytałam z nominowanych. Teoretycznie można powiedzieć, że to mój typ. Ale stwierdzenie, że to dzięki faktowi, że Jacek Dukaj nie wydał w 2008 żadnej książki, ma coś w sobie. Może nie w znaczeniu dosłownym, ale w przenośni już tak. Bo tak naprawdę nie chodzi o to, że Dukaj nie wydał niczego, a o to, że „Kameleon” nie jest powalającą książką. I przyznaję rację anonimowym rozmówcom Rafała Kosika, że „Vertical” bardziej nadawał się do nagrody. Wydaje mi się jednak, że oprócz faktu, że autor dostał nagrodę, bo był bardziej znany niż w czasie „Verticala”, to czytelnicy dali mu kredyt zaufania. Liczę, że ich - w tym mnie - nie zawiedzie. Nie ma to jak wysokie wymagania względem autora.

W kategorii opowiadań nie mogę się odnieść do zwyciężczyni, bo jej tekstu zwyczajnie nie czytałam. Szkoda, że nie wygrał Andrzej Miszczak (a gdzie nominacja dla Jakuba Nowaka, ja się pytam, gdzie?!), ale z drugiej strony science fiction wtedy byłoby w przewadze, bo i „Kameleon” z założenia jest SF. Przy czym nie wiem do jakiej grupy zalicza się tekst Anny Kańtoch.

Z rzeczy niezwiązanych z niczym konkretnym, to zastanawiam się, co zwycięzcy zrobili z bukietami, które otrzymali. A przynajmniej otrzymała takowy Anna Kańtoch. Jakoś nie mogę znaleźć zdjęcia dokumentującego Rafała Kosika z kwiatami. Czyżby to było zbyt mało męskie? Przyznam, że bukiet bardzo ładny. Chętnie przyjęłabym taki i to niekoniecznie przy okazji odbierania nagrody.

I tym pozytywnym akcentem kończę wpis Polconowy.

środa, 19 sierpnia 2009
Emo to istota bardzo wrażliwa. Tak wrażliwa, że należy obchodzić się z nią jak z uzbrojonym ładunkiem wybuchowym. Do wyboru są dwie opcje: albo nie ruszać albo dać z buta.
środa, 29 lipca 2009

Jewgienij T. Olejniczak  napisał na Creatio Fantastica artykuł „Sami sobie sterem, żeglarzem i okrętem...” dotyczący problemów z recenzjami fantastyki. Nie jest to temat nowy, jest za to wciąż wałkowany, do czego i ja się poniekąd w tej chwili przyczyniam. Pojawiło się w sieci też kilka odpowiedzi na ten tekst, zazwyczaj niejako w opozycji do Olejniczaka. Wypowiedział się też Paweł Matuszek, naczelny Nowej Fantastyki we wstępniaku do sierpniowego numeru pisma. I wciąż się Olejniczakowi obrywa za swoje zdanie.

Faktem jednak jest, że środowisko fantastów domaga się od czasu do czasu akademickiego podejścia do fantastyki. Zastanawiam się jednak, po co ono w ogóle? Czy kryminały, romanse, przewodniki też się go domagają? Więc po co fantastyce dokładne rozbijanie książek, czy opowiadań na sprawdzanie pod względem koherencji, doszukiwanie się przezroczystości stylu (też ostatnio modna czynność) lub znajdywanie

- Para...

- ...lel.

Czy przeciętny czytelnik fantastyki potrzebuje długich i głębokich analiz powieści i opowiadań? Czy potrzebuje ich oczytany czytelnik? Jeśli oczytany potrzebuje, to tak naprawdę ich nie potrzebuje, bo sam jest w stanie na poziomie być może amatorskim, ale mimo wszystko jest w stanie przeprowadzić taką analizę utworu. Ma też narzędzia, by to uczynić, wie gdzie szukać, co więcej - chce szukać.

Rzadko sama szukam czegoś na temat każdej przeczytanej przeze mnie książki. Nie uważam się za specjalistkę, ale pewną podstawową wiedzę mam. Potrafię rozebrać na kawałeczki czytany utwór. (Niech narody nie klękają, bo wystarczy poczytać moje recenzje, żeby zobaczyć, że taka super to ja w te klocki nie jestem.) Nie zawsze to robię, bo nie zawsze jest w tym sens. Paweł Matuszek pisze wręcz, że prawie w ogóle nie ma to sensu w odniesieniu do literatury fantastycznej. I dobrze, szkoda marnować sił na coś, co nie przyniesie nic poza poznaniem, że dany tekst nie wart był tego wysiłku. Chociaż są oczywiście ludzie, którzy robią to dla przyjemności „skopania”. Czemu nie? W świecie wszystko jest możliwe.

Niech autorzy piszą dobre książki, a akademicy być może się zainteresują. Czy dobra książka to ta pisana o głębiach, czy taka, która się dobrze sprzedaje? Czy książka, która się dobrze sprzedaje, jest zła, bo się dobrze sprzedaje?

 

Na Creatio Fantastica znalazła się też „odpowiedź” napisana przez Tymoteusza Wronkę, zastępcę redaktora naczelnego portalu Katedra. Napisał on między innymi:

[recenzent] Ma odpowiedzieć na proste pytanie: czy dana książka się spodoba. Narzędzia, jakimi się w tym celu posłuży, są dowolne. Od odbiorcy wyłącznie zależy, czy będą mu odpowiadać i czy będzie się kierował zdaniem tego konkretnego recenzenta.

Z ostatnim zdaniem nietrudno się zgodzić. Według mnie przekłada się ono nie tylko na recenzenta internetowego, ale również na osławionego papierowego. Najłatwiej jest po przeczytaniu kilku książek, przeczytać też recenzje kilku recenzentów. Wtedy można sprawdzić z którym z nich ma się zbieżne odczucia i nic trudnego jak w przyszłości kierować się w zakupach, recenzjami tego konkretnego recenzenta. Nic nowego nie napisałam, bo tak samo napisał też Shadowmage.

 

Bardzo ciekawy jest też tekst Michała Cetnarowskiego „Lament miłośnika recenzji”. Zwłaszcza fragment o „rzetelnej recenzji akademickiej” jest... bo ja wiem? wstrząsający? Cetnarowski twierdzi, że w nowszych pracach naukowych (magisterki, doktoraty) zajmujących się fantastyką mało jest takich, które dostrzegałoby więcej niż tylko słowa. Czy to znaczy, że naukowcy, humaniści nie są twórczy w podejściu do przedmiotu analizy? Nie potrafią oderwać się od definicji, żeby zobaczyć całość tekstu w kontekście historii nurtu, motywu, cokolwiek? W tym momencie powinnam się zastanowić nad własną pracą magisterską i moim podejściem do „materiału początkowego”.

 

Zastanawia mnie agresja, która pojawiła się zarówno we wstępniaku Pawła Matuszka jak i tekście Michała Foestera „Manifest krytyka fantastycznego”. Dlaczego obaj z taką wyższością (?), niechęcią odnoszą się do propozycji Jewgienija Olejniczaka? U Matuszka jest to między innymi „telegraficzny skrót” tekstu Olejniczaka, „naiwny”, „żenujący”... Również Foester pisze w podobnym tonie. Cóż on im zrobił, żeby tak go traktować? Czy to dlatego, że obaj czują się w obowiązku do bronienia swoich okopów, mimo że sądzą, że nie muszą ich bronić? Olejniczak nie jest też bez winy, bo nie owija w bawełnę swoich zarzutów. Z jego słów przebija żal i pogodzenie się z zaistniałą sytuacją. Tylko czy jego nie owijanie w bawełnę zasługuje na ostre w tonie odpowiedzi? A może taka jest właśnie modna forma odpowiedzi, ostro i z przytupem? Shadowmage i Cetnarowski potrafili napisać kulturalnie i na temat. Tylko czy takie spokojne teksty wzbudzają emocje? Raczej nie. Natomiast wstępniak Matuszka jest z pazurem. Może chodzi o to, żeby pisać publicystykę jak Przewodas albo Kres? Być może. To kwestia na zupełnie inną dyskusję. Przy czym nie twierdzę, że Paweł Matuszek w ten sposób widzi realizację misji edukacyjnej pisma. Dlaczego więc Foester?... Ech, detale.

 

Tak na boku - Michał Foester napisał o „Lodzie” Jacka Dukaja:

Owszem, nie został dostrzeżony przez znaczną część recenzentów zajmujących się fantastyką, ale wynika to z tego, że zamiast czytelników mamy fanów.

No to mam wrażenie, że autor tej wypowiedzi kręci się w innym internecie niż ja, a wydawało mi się, że śledzę dużą część wydarzeń w dziale polskich portali fantastycznych. W każdym z nich była recenzja „Lodu” Jacka Dukaja. W jakość tejże recenzji już nie wnikam.

 

Kiedy czytam kolejną wypowiedź o tym, że fantastyka domaga się dostępu do morza... wróć! domaga się rzetelnego, akademickiego podejścia, wtedy wyobrażam sobie takie małe dziecko ubrane w kolorowe fatałaszki z czapeczką z dzwoneczkami. Ono skacze i wymachuje rękoma, domagając się uwagi. A obok nie stoi żaden dorosły, który dałby temu dziecku akceptację.

 

Ale nie mogę zgodzić się z Pawłem Matuszkiem, który twierdzi (czy prawa autorskie pozwalają mi na zacytowanie?):

Zdecydowana większość polskiej fantastyki to wtórna, banalna i schematyczna rozrywka – prawdziwie jarmarczna tandeta.

Owszem, ale czy rozrywkowość, ta niedobra tandeta nie są przypadkiem od zarania dziejów wyznacznikiem fantastyki? Czy ten zarzut nie jest w stosunku do fantastyki absurdalny? A co jeśli tak właśnie ma być? Czy „Wojna światów” nie jest tandetna, czy nie jest jarmarczny Conan? O czym w takim razie pisał Tolkien, Lem, czy Dukaj? No, Dukaj to jeszcze pisze. Co ich odróżnia od tandetności i jarmaczności? Bo chyba nie chodzi o fantastykę skoro Verne i Wells tworzyli bez dziesiątek lat poprzedników.

 

Tak naprawdę nie zgadzam się z częścią zaprezentowanych powyżej własnych opinii. Staram się jednak patrzeć na zagadnienia z różnych stron, wczuć się w „onych”. Kobiety tak mają.

 

PS. Dukaj zawsze wyskoczy z pudełka.

czwartek, 02 lipca 2009
Nagrody wzbudzają niesamowitą ilość emocji. Przynajmniej wśród części startujących i przyznających. Albo wśród części przyznających i startujących? Oczywiście najwięcej emocji wzbudza nagroda im. Janusza A. Zajdla. Tuż obok Śląkf, i Sfinksów, i Nautilusów, i Żuławskich, i tym podobnych.
piątek, 19 czerwca 2009
Nie dziwi mnie fakt, że w sieci mało jest recenzji „Próżniowędrowca” Seana McMullena. Nie dziwi z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze jest to trzeci tom serii, a po drugie McMullen ogólnie nie cieszy się zbyt wielką estymą w fandomie. A przynajmniej fandom nie dyskutuje za wiele o tym autorze. A szkoda, bo pisze bardzo przyjemną fantastykę.
niedziela, 14 czerwca 2009

Minęło już trochę czasu i mogę właśnie z perspektywy spojrzeć na „Kanon barbarzyńców”. Na reakcje na moją recenzję, też. Właściwie to było jedno miejsce, gdzie ta reakcja mogła się pojawić, czyli na forum SFFH. Jakoś tak nikt mi jej nie skomentował na portalu, choć zajrzeń jest w tej chwili ponad 300. Nie, to nie ja sobie klikałam. Przyznam, że to dość dziwne uczucie, czytać o swojej recenzji i nie być jednocześnie adresatką wypowiedzi. Zapewne coś takiego odczuwają autorzy czytający opinie o swoich tekstach. Czyli mam za swoje.

Kruk Siwy aka Tomasz Bochiński zarzuca mi spoilerowanie. Cóż, zauważam u siebie ten problem, staram się to zmienić, ale czasem, zwłaszcza w przypadku antologii, trudno mi zachować umiar. Trzeba się dalej uczyć. Z drugiej strony autorzy też mi nie ułatwiają sprawy. Jeśli tekst nie jest zbyt dobry, to co ja mogę o nim napisać, żeby odróżniał się od innego niezbyt dobrego? Wiem, że są recenzje, w których autorzy grupują opowiadania albo w ogóle jakoś inaczej starają się wybrnąć z kłopotu. Ja piszę po kolei jak leci. Może powinnam to zmienić.

Swoją drogą widzę, że w dyskusjach na temat recenzji na portalach internetowych często pojawia się kwestia tego, czy recenzent powinien pisać dobrze o książce, żeby potem wydawca przesłał kolejny gratis do recenzowania, czy też by pisał, co rzeczywiście sądzi na temat książki, nie bojąc się jej zganić. Hmm... to raczej kwestia sumienia każdego z recenzentów. Chyba że pojawią się naciski ze strony redakcji portalu. Ale czy ja wiem?... takie coś mogłoby mieć miejsce w przypadku małych portali.

 

Kolejny autor Gustaw G. Garuga aka Dawid Juraszek pisze:

dziwi traktowanie niektórych ewidentnych - jak sądziłem - przegięć fabularnych całkiem na poważnie. Przy kolejnych opowiadaniach muszę się chyba bardziej wysilić, żeby wykazać, że nie tylko anachronizmy służą tu "w zabawny sposób podkreślaniu dystansu"

Cóż mi na to odpowiedzieć? Zdawało mi się, że jestem domyślnym człowiekiem. Jak widać, nie w każdej sytuacji. Z tego wnoszę, że jedno z dwóch - albo ja za mało jestem wprawiona w twórczości Dawida Juraszka albo on jeszcze nie wyrobił się na tyle, by czytelnik nie miał problemu w zrozumieniu jego intencji.

 

Agrafek aka Paweł Majka wypowiedział się w sposób stonowany:

Cieszy poważne podejście do tematu i dokładne wczytanie się w teksty. A dla mnie to nauka, żeby bardziej panować nad tekstem. Bo faktycznie, "Czarną kompanię" znam niemal na pamięć, ale nie sądziłem, że to widać

Nie sądziłam, że można podejść niepoważnie. Gdyby wszystkie teksty w antologii były żartobliwe, czy coś w tym stylu, wtedy pewnie i niepoważna recenzja by przeszła. Ale domyślam się, że nie o to chodziło. Staram się panie Majka, staram. I uczę cały czas. Co do panowania nad tekstem, to nie sądzę, żeby potrzebne było jego opanowywanie. Jeśli dobrze się czyta (to takie straszne określenie na tekst, prawie mi wstyd, że go użyłam), jeśli autorowi pasuje, jeśli pomaga w kreacji świata zarówno w głowie autora jak i czytelnika, to nie ma sensu nic zmieniać.

 

Teraz powrót do mnie.

W pamięci ogólnej o tym zbiorze opowiadań utkwiła mi myśl, że był dobry tekst Rafała Dębskiego. (Za chwilę strach zmusi mnie do tego, żeby nie odsuwać żadnych szuflad albo żeby nie otwierać lodówki, czy jakiejś puszki, bo mi znów Rafał Dębski wyskoczy. Ciągle o nim piszę.) Resztę kojarzę wyrywkowo.

Spojrzenie na samą książkę wywołuje pytanie: A gdzie tom drugi? Oczywiście kwestią marketingową jest sprawa wydania dalszej części. Jeśli tom pierwszy dobrze się sprzedawał... itd.

W rankingu podobania się, sprawa na dzień dzisiejszy wygląda tak:

1. Rafał Dębski „Studnia przeklętych”;

2. Paweł Majka „Tęsknota mieczy”, Jewgienij T. Olejniczak „Wyspa mnichów”, Michał Cetnarowski „Ja jestem ogniem”;

3. Anna Koronowicz „U źródła”, Dawid Juraszek „Żółty Kieł”, Tomasz Bochiński „Valkar i muzyka ciemności”;

4. Cezary S. Frąc „Durus”.

Ilustracje Dominika Brońka wciąż ładne.

Słyszałam plotki na temat drugiej części antologii. Intrygujące. Więc czekam. Zastanawiam się, czy przypadkiem któryś z autorów tomu pierwszego nie zostanie nominowany do nagrody im. Zajdla. No cóż, nie muszę się zastanawiać, kto z tej grupy mógłby taką nominację otrzymać. Ale z drugiej strony, czy ja za bardzo nie upiększam przypadkiem mojego wyobrażenia o tym opowiadaniu?

Jednak niech autorzy nie liczą na to, że zmienię zdanie. (Tak, jakby im na tym zależało ;)) Tylko wybrane książki lub opowiadania czytam dwa razy. Życie jest zbyt krótkie, a książek jest zbyt wiele.

sobota, 13 czerwca 2009

Przeglądam różne miejsca w sieci i między innymi patrzę, jak czytelnicy odbierają pierwszy numer SFFH. Szkoda, że wyszedł niedopracowany, tak twierdzi Rafał Dębski. Za mało tekstów. Szkoda przede wszystkim dlatego, że wychowani na poprzednim naczelnym czytelnicy w zasadzie odbierają zmiany w piśmie negatywnie. Gdyby dawka tekstów była większa, cena zachowana, to może nie byłoby tak źle. Zastanawiam się, czy osoby odpowiedzialne za marketing z ramienia Fabryki Słów zaglądają do sieci w poszukiwaniu opinii na temat SFFH. Jeśli tak, to czy ich wyszukiwania sięgają dalej niż na forum SFFH? Nie mam nic przeciwko Robertowi Szmidtowi. Nie raz chwaliłam jego tłumaczenie „Zaginionej floty”, ale SFFH w jego wykonaniu sugerowało, że mogłoby być lepiej. Stąd mój poprzedni wpis.

Jak powiadał pewien mędrzec: Use the google, Luke!

sobota, 06 czerwca 2009

Moje pięć groszy w tej kwestii: Nowy numer Science Fiction, Fantasy i Horror z graficznego punktu widzenia jest bardzo udany. Tak trzymać! Z opowiadaniowego już jest różnie, ale wolę wstrzymać się z oceną nowego Redaktora Naczelnego do wyjścia kilku numerów. Wtedy powinno być już po fazie przejściowej.

Nie wiem, czy Rafał Dębski będzie się przebijać przez szuflady Roberta J. Szmidta, i nie wiem, czy przypadkiem nie zasypują go w tej chwili maile z opowiadaniami, ale niech się nie da! Jeśli ma potem wykopać spod ziemi autora takiego jak Robert M. Wegner, to wtedy warto się tak męczyć. Przy czym liczę na jeszcze lepszych autorów. Strach tylko że przez nową pracę Rafał Dębski przestanie sam pisać, a szkoda by było. A tak w ogóle, to ktoś mógłby zaktualizować hasło Rafała Dębskiego na wikipedii.

I na koniec uwaga do Fabryki Słów: Jeśli macie zamiar iść w multimedialność, czyli więcej filmików na youtube, to ja proponuję zainwestować w jakieś mikrofony, chociażby takie, jak mają w wiadomościach. Obecne filmiki w większości odrzucają mnie, bo po prostu nie rozumiem, co mówią autorzy.

Wkleiłam te wszystkie linki do recenzji i wychodzi na to, że pierwszą książką, którą recenzowałam było „Kiedy Bóg zasypia” Rafała Dębskiego. Cóż za zbieg okoliczności, bo wtedy zaczynałam pisać recenzje, a teraz zaczynam prowadzić bloga. Którego usunę, jeśli stwierdzę, że nie ma sensu się w to bawić.

Wciąż pamiętam, o co chodziło w „Kiedy Bóg zasypia” i pamiętam też, że książka mi się podobała. W międzyczasie przeczytałam jeszcze kilka opowiadań Dębskiego i moje mniemanie o nim robiło się coraz pozytywniejsze. Dlatego też, kiedy trafiła się okazja zrecenzować „Łzy Nemezis”, nie wahałam się ani chwili. Debiut i to taki, który trudno upolować. Zapewne jak to w przypadku debiutów. Wydawcy robią niski nakład, bo licho wie, czy się towar sprzeda. Debiut.

Miałam w związku z tymi oczekiwaniami wysokie oczekiwania względem „Łez...”. Może nie powinnam. Przecież to debiut, należy wziąć na ten fakt poprawkę. Ale najwidoczniej w trakcie czytania właśnie ten fakt jakoś uciekał mi z pola widzenia w związku z faktem, że to książka, którą napisał Rafał Dębski. I to był błąd. Rozczarowałam się. Ale najciekawsze jest to, że książka jest całkiem dobra, tyle że ja spodziewałam się czegoś więcej. Z pewnością nie wykładu o wydarzeniach z przeszłości, mających duży wpływ na fabułę. Jakiegoś ładniejszego zarysowania bohaterów. Już przecież główny bohater „Serca Żywych Gór” ma w sobie to coś. Ale w „Łzach...” tego brak.

Niby wszystko jest, a jednak nie do końca. Napięcie pada w środku powieści. To co dzieje się później wywoływało u mnie pytanie: ale po co to ciągnąć? Nie wiem, czy autor chciał w ten sposób pokazać inny kierunek w rozkładaniu napięcia w książce (akcja po połowie, brak głównego bohatera, rwana akcja), czy wynika to z niedostatków warsztatowych (w końcu to debiut książkowy), ale mnie osobiście rozczarowuje.

Chciałam zapytać samego autora, czy wersja z 2005 bardzo różni się od tej z 2009. Mail niby podany w nowym numerze SFFH, ale podejrzewam, że skrzynkę to Redaktor Naczelny ma już zapchaną protestami wiernych czytelników. Poza tym strach padł na mnie blady, że Oko Autora spojrzy w moją stronę i dokładniej będzie wczytywać się w to, co wypisuję na Paradoksie. A szkoda by było, gdyby ta recenzja nie wyszła mi tak, jak chcę. Czasem zastanawiam się, czy przypadkiem któryś autor nie stwierdzi, że psuję mu rynek, pisząc niepochlebną recenzję, i mnie pozwie. Po pierwsze nie uważam, żeby moje recenzje miały aż tak duży wpływ na czytelnictwo w Polsce, po drugie - przecież ze strachu nie będę pisać o książkach tylko dobrze skoro przykładowo na to nie zasługują.

Tak więc nie zapytałam autora, ale poczytałam sobie recenzje w sieci, zaczynając od tych zalinkowanych przez wydawcę, który - jak wiadomo - zamieszcza te najprzychylniejsze. Marketing górą!

Kiedy tak je czytałam, miałam wrażenie, że chyba czytałam inną książkę. Aż trafiłam na starą recenzję, jeszcze pierwszego wydania powieści, i ona utwierdziła mnie w przekonaniu, że „Łzy...” jednak nie przeszły gruntownej redakcji, a przynajmniej nie tak gruntownej jak mnie by odpowiadało. No cóż, szkoda, ale z drugiej strony, wtedy powstałaby chyba zupełnie inna opowieść.

A teraz zagłębiam się w historie krucjat. To taki plus dla rozwoju osobowości. +1 do wiedzy.

 

<Dopisek> Recenzja wysłana. Nie jestem z niej super zadowolona, ale nie mogłam inaczej. "Łzy Nemezis" przeczytałam szybko, ale z pisaniem szło już gorzej. Im dłużej mi to zajmowało, tym coraz więcej minusów książki przychodziło mi do głowy. Nie tak miało być.

statystyka