Blog towarzyszący do moich recenzji książek na portalu Paradoks.

Poza recenzją

czwartek, 14 sierpnia 2014

Długo mnie tu nie było, zastanawiałam się też nad tym, czy nie skasować bloga (to takie modne przemyślenie blogerskie), ale doszłam do wniosku, że skoro statystyki i komentarze sugerują, że ktoś tu oprócz mnie zagląda, to może znajduje coś, co się do czegoś przydaje.

Czyli blog został, bo przecież jeść nie woła. A teraz... proszę bardzo, znów coś mogę tu napisać.

Uaktualniłam listę recenzji o nowy tytuł.

Chciałam przeczytać tę książkę, "Nevermore" pani o naprawdę trudnym nazwisku, muszę za każdym razem sprawdzać, czy dobrze napisałam. Wiedziałam, że to młodzieżówka, wiedziałam, że romansowa. Chciałam jednak dać się zaskoczyć. Nie do końca się to autorce udało, ale może dla osoby z mniejszą ilością książek na koncie będzie przyjemniej ;-) Ale zakończenie jest dobre. W pewnym sensie. Mogę zdradzić zakończenie? To teraz osoby, które są chętne do przeczytania książki, niech przewiną sobie w dół, ale zakończenie pierwszego tomu, czyli „Kruka” (specjalnie rozciągam, żeby osoby zainteresowane itd. mogły pominąć moją końcową zdradę) jest zbliżone do końca filmu „Silent Hill”.

Nevermore. Kruk

Już, napisałam to. Może to mój sentyment do tego filmu przemawia przeze mnie, ale daję książce pani Creagh plusa właśnie za to podobieństwo.

Teraz czekam, czekam na następną książkę do recenzowania. Co to będzie tym razem? I czy Inken wróciła na stałe? Dowiecie się z następnego wpisu lub trzeba będzie się domyślać na podstawie jego braku ;-)



PS. Mam problem z ogarnięciem spraw technicznych tego bloga. Rzeczywiście długo mnie tu nie było.

środa, 15 września 2010

Na portalu Paradoks pojawiła się recenzja „Pierścienia Borgiów” Michaela White'a. Przyznam, że raczej nie czekam z niecierpliwością na kolejny tom. Być może wynika to z faktu, że przechodzę kryzys książkowy ;-) Zauważyłam, że coraz częściej piszę o książkach, że nie czekam na kontynuację; myślę sobie, że nie sięgnę po inne tytuły danego autora. I być może tak właśnie będzie przez jakiś czas.

Nie poczułam się zdruzgotana wizją przedstawioną przez Michaela White'a. Nie podobał mi się wątek przeszłościowy, nie zachwyciła mnie Lukrecja Borgia. Główny bohater teraźniejszości też mnie nie poderwał, chociaż trzeba przyznać, że przynajmniej nie jest detektywem doskonałym. Ma wady, oczywiście jest po przejściach i potrafi stracić cierpliwość. Ale takich bohaterów też już było na pęczki, a White według mnie popełnił zwyczajnie dobrą rzemieślniczo książkę. Tyle i aż tyle.

Przedstawił jeszcze biednego sierżanta, przez wszystkich ignorowanego i rzucił mi na pożarcie. Pożarłam go, bo taki jedyny z jakimś tłem i z pewnością w następnych tomach będzie bezlitośnie przez autora wykorzystywany, ale... No właśnie, niby miło, że jest ktoś jeszcze w książce oprócz głównego bohatera, ale dlaczego tylko jedna osoba? Dlaczego inni nie są barwni albo chociaż pokazani w swojej bezbarwności? Oni po prostu są i nawet nie pamiętam już jak się nazywają i czym różnią od siebie. Być może zmieni się to w następnych tomach, ale... nie czekam na kontynuację. Jeśli autor nie jest w stanie mnie oczarować, spojrzeć mi głęboko w oczy oczyma bohaterów i powiedzieć „Zostań chwilę ze mną, opowiem ci pasjonującą historię”, to ja go za powieki ciągać nie będę.

 

Teraz chciałabym dla odmiany poczytać coś ciekawego :-)

Szczepan Twardoch „Wieczny Grunwald”?

Wit Szostak „Chochoły”?

Maciej Parowski „Burza”?

A może jakiś harlequin na jesienny wieczór?

czwartek, 03 czerwca 2010

Kilka recenzji pojawiło się od ostatnich czasów, więc warto chyba napisać coś zanim pojawią się następne cztery.

O „Profesjonalnym zwierzołaku” Czernajej i Bielanina oraz „Siedlisku” Cichowlasa i Kyrcza już trochę pisałam, więc raczej więcej pisać nie będę.

Przyjemności z czytania dostarczyły mi „Eremanta” Joanny Skalskiej oraz „Zoroaster” Rafała Dębskiego, ale to były inne poziomy przyjemności. „Eremanta” wciąż mi się podoba i nie dopuszczam do głosu odmiennej wersji wydarzeń. Ta książka po prostu tańczy po uczuciach czytelnika, robi tam piruety i czasem nawet podskoczy.

Zazwyczaj czytam recenzje innych czytelników, żeby zobaczyć, czy odkryli w książce coś, co ja być może przeoczyłam. Wielką przyjemność sprawiła mi lektura tekstu „My, obcy” autorstwa Pawła Czerwca. Chciałabym pisać takie recenzje, ale nie można mieć wszystkiego. Jedni to mają, ja akurat nie. Nie wiem oczywiście na ile moje zdanie o tej recenzji nie jest skrzywione przez fakt, że mam podobne odczucia względem „Eremanty”. Z drugiej strony pojawia się u mnie pewien niepokój wynikający z formy jaką wykorzystał Czerwiec. Bo nie ukrywa swojego emocjonalnego podejścia do książki. Intrygująca kwestia. Warta przemyślenia. Zwłaszcza jeśli trafi się do recenzowania książka, która ewidentnie jest słaba albo przykładowo porusza tematykę obrzydliwą dla recenzenta. Mnie na przykład zniesmaczyły fragmenty „Potępieńczej gry” Clive'a Barkera czy „Lashera” Anne Rice. Nie pisałam o tym w recenzjach (przynajmniej nie przypominam sobie o tym), bo wychodziłam z założenia, że to są tylko moje odczucia i innych czytelników te tematy mogą w ogóle nie obrzydzać. Jak tu pisać recenzje?

„Zoroaster. Gwiazdy umierają w milczeniu” Rafała Dębskiego to była książka, na którą czekałam i która przeczytałam bardzo szybko, chociaż ta druga kwestia nie jest akurat wyznacznikiem niczego, bo ja ogólnie szybko czytam. Niby było miło, ale jednak się rozczarowałam. Najwidoczniej za bardzo wygórowane miałam oczekiwania. Pewnie przez to oczekiwanie. Zastanawiam się, czy po prostu Rafał Dębski nie jest lepszy na krótszych dystansach. Od razu przypominają mi się „Łzy Nemezis” i dziwnie rozłożona akcja, ale to przecież debiut, więc trudno oczekiwać dzieła sztuki. Natomiast „Zoroaster” to najnowsza książka i wyobrażałam sobie, że po prostu będzie w niej coś więcej. Wydaje mi się, że autor zabawił się w niej konwencją kryminału i niestety z tej zabawy dla mnie osobiście nie wynikło nic nowego. Wiem, że w obecnych czasach trudno w ogóle spodziewać się nowości, ale cóż, naiwna jestem ;-) Natomiast obcy byli bardzo fajni. Niemniej jestem skłonna nadal udzielać Rafałowi Dębskiemu kredytu zaufania. Czekam na nowe teksty.

O „Taltosie” Anne Rice nic nie będę pisać. Muszę to sobie poukładać w kontekście całości. Korci mnie tylko przeczytać jeszcze crossover do Kronik wampirów (Merrick, Posiadłość Blackwood, Krwawy kantyk). Niestety albo stety wychodzi to dość drogo, więc raczej nie przeczytam.

Pozostał mi „Rhezus” Róży Jakobsze, który w sumie nie zasługuje na baty jakie gdzieniegdzie obrywa, ale też nie jest zbyt mocno wyróżniającą się książką. Taki średniak do poczytania. Nie przepadam za ocenianiem książki po fragmencie, ale co zostaje człowiekowi, który ma setki powieści do wyboru, a tylko kilka może kupić? Zresztą sama się już w ten sposób przejechałam przy okazji Stefana Dardy i jego „Domu na wyrębach”. Nie jestem agentką Róży Jakobsze, nie będę walczyć, prostować i namawiać. Po to wydawca daje fragmenty, okładkę i blurby, żeby czytelnik wyrobił sobie zdanie. Moje zdanie po przeczytaniu książki jest raczej średnie, w dolnych granicach.

 

Preview na przyszłość: zaskakująco dobry jest drugi tom „Wielkiej księgi opowieści o czarodziejach”.

Postview z przeszłości: szkoda, że nie załapałam się na recenzowanie trylogii Dariusza Domagalskiego.

A może by się tak zapisać do biblioteki? Warte przemyślenia.

piątek, 19 lutego 2010

Portal Paradoks przeżywa właśnie jakieś problemy techniczne, więc nie mogę zalinkować do mojej recenzji, ale można mi wierzyć na słowo, że ona tam jest. Przynajmniej tak mi się wydaje. Jest :-) A poza tym teraz nastąpią spoilery z "Lashera". Osoby pragnące przeczytać recenzję tych dwóch książek zachęcam do klikniecia w linkę podaną wcześniej.

 

Lubię książki Anne Rice wbrew wszystkim i wszystkiemu. Ale to może nie tyle lubienie, co sentyment do wampirów. Człowiek był młody, to i wszystko się podobało. Teraz wiem, że styl autorki może odrzucać swoją pompatycznością i ozdobnikami. Tematyka cierpiących na długowieczność wampirów również nie każdemu podchodzi. Nie da się jednak zaprzeczyć, że Anne Rice zapoczątkowała nowy trend w przedstawianiu nieumarłych. Teraz być może ludzkość cierpi z tego powodu pod wpływem "Zmierzchu" Stephenie Meyer, ale cóż, rozwoju nie da się zatrzymać nawet jeśli nie wszystkim podoba się kierunek tego rozwoju

Co mi przypomina, że Meyer całkowicie pominęła Anne Rice w swojej sadze. Jest to o tyle dziwne, że przecież Lestat wrósł w popkulturę. No może nie tyle on, co Louis z "Wywiadu z wampirem", ale wiadomo przecież o co chodzi. Gdybym ja pisała "Zmierzch"...

Zdziwiłam się, że Anne Rice napisała coś oprócz Kronik wampirów. Chodzi oczywiście o Sagę rodu Mayfairów. Pomijam milczeniem inne tytuły autorki. Podobało mi się w "Godzinie czarownic", że jest jakiś tam duch, który pomaga rodowi sprawiając, że staje się on na swój sposób potężny. Duch łączy czarownice sprawiając, że w pewnym momencie wydają się one zbliżone do wampirów w swej długowieczności. W "Lasherze" autorka odsłoniła karty. Okazuje się, że duch wcale nie jest odosobnionym przypadkiem, a należy do rasy odmiennej trochę od ludzi. Tak jakby przodkowie byli wspólni, ale ewolucja przebiegała inaczej. Tak to zostało opisane w książce. Jest to dla mnie rozczarowanie. Sądziłam, że Lasher jest duchem podobnym do tego, który wniknął w ciało Akashy. Wtedy można by mówić o spójności między seriami, zwłaszcza że autorka łączy je ze sobą za pomocą Talamaski. Fakt, że to połączenie jest dość dziurawe, bo jakim cudem Lestat i inne nowoorleańskie wampiry nie wyczuwały tak potężnej istoty jak Lasher i z drugiej strony, dlaczego Lasher nigdy nie namówił którejś ze swoich czarownic do zdobycia dla niego ciała wampira, skoro są pod ręką? Ale z drugiej strony jest spin-off łączący serie ściślej, a ja tego nie czytałam, więc nie wiem, co tam jest. Może to błąd, ale książki są dla mnie za drogie, więc...

Nie dokończyłam wywodu o tym, dlaczego Lasher jako osobna rasa mi nie pasuje. Chodzi o to, że ta rasa jest na tyle potężna,że bez problemu mogłaby wykończyć ludzi i do tego właśnie dąży Lasher. Tak naprawdę nienawidzi swoich czarownic, które nie dają mu tego, czego by chciał. Z drugiej strony twierdzi, że je kocha i w obu przypadkach nie kłamie. Nie podoba mi się, że Lasher z problemu lokalnego zamienia się w problem globalny. Dlaczego za każdym razem tak jest, że najpierw jakiś drobny kłopocik rozwija się, by potem zmuszać ludzkość do walki o przetrwanie? Według mnie zdecydowanie lepiej by było, gdyby Lasher pozostał kłopotem rodziny Mayfair.

Ponieważ jednak Lasher i jego córka giną, zastanawiam się, co będzie w następnym tomie o tytule "Taltos", co jest nazwą rasy, do której należy duch rodzinny. Czy okaże się, że jednak Lasher przetrwał, bo jego czarownice za bardzo go kochały w swej nienawiści?

Źle mi się czytało "Lashera". Za dużo tam było kobiecego cierpienia. Nie wiem, czy czekam na ostatni tom z niecierpliwością.

środa, 06 stycznia 2010
Poprzedni wpis zakończyłam dość dramatycznie, ale jakoś nikt nie dał się sprowokować. Nikt nie zakrzyknął "Jak możesz!!!111 Jest przecież... (tu wstawiamy nazwisko uwielbianego autora lub uwielbianą książkę uwielbianego autora)!" No cóż, jak mi się zdaje trochę się pospieszyłam z tym twierdzeniem.
poniedziałek, 28 grudnia 2009

W portalu Paradoks pojawiła się kolejna moja recenzja, co oznacza, że jeśli ktoś ma ochotę o niej podyskutować, to nie ma sprawy, zapraszam.

 

Co tym razem nie zagrało?

Przede wszystkim brak związku emocjonalnego z którymś z bohaterów. Rozumiem, że spowodowane jest to konstrukcją powieści przyjętą przez autora. W takim razie autor sam jest sobie winny, że ja nie mogę wczuwać się w żadnego z jego bohaterów.

Nie zagrało poplątane z pomieszanym przez większą część książki. Motywy i bohaterowie wyskakują znikąd i lecą donikąd, by dopiero pod koniec wywołać na ustach zduszone: o! To, że z tego „o!” za wiele nie wynika, to już inna sprawa. Bo co wynika z powtórzenia sceny Julii i Łucji?

Bardzo nie zagrało to, że wiedza o Wykonawcach i wampirach nie przetrwała do teraźniejszości. To znaczy wiedza o wampirach jest, ale na „naszym” poziomie, czyli folklor i popkultura.

 

Zagrała za to scena łóżkowa ściągnięta z „Amelii”.

Zagrało opowiadanie „Wykonawca”, w którym autor zapoznaje czytelnika ze stworzonym przez siebie zakonem. Wprawdzie nie wiadomo, o co chodzi z istotą z gwiazd, ale muszę przyznać, że wcale nie muszę wiedzieć wszystkiego, a opowiadanie i tak stanowi ciekawą całość.

 

Cóż, miało być lepiej.

 

P.S. Czy jest jakaś książka, którą przeczytam i stwierdzę (prawie bez zastrzeżeń), że jest super?

piątek, 18 grudnia 2009
Na wypadek, gdyby ktoś chciał napisać coś o recenzji mojego autorstwa, która została umieszczona na Paradoksie, albo po prostu podyskutować o danej książce, postanowiłam robić wpisy w okolicach czasu, gdy recenzja zostaje zawieszona na stronie portalu. Tam niestety nie ma powiadomień o komentarzach, więc czasem przypadkiem tylko zauważam, że ktoś coś napisał. Tutaj żaden komentarz mi nie umknie.
sobota, 06 czerwca 2009

Wkleiłam te wszystkie linki do recenzji i wychodzi na to, że pierwszą książką, którą recenzowałam było „Kiedy Bóg zasypia” Rafała Dębskiego. Cóż za zbieg okoliczności, bo wtedy zaczynałam pisać recenzje, a teraz zaczynam prowadzić bloga. Którego usunę, jeśli stwierdzę, że nie ma sensu się w to bawić.

Wciąż pamiętam, o co chodziło w „Kiedy Bóg zasypia” i pamiętam też, że książka mi się podobała. W międzyczasie przeczytałam jeszcze kilka opowiadań Dębskiego i moje mniemanie o nim robiło się coraz pozytywniejsze. Dlatego też, kiedy trafiła się okazja zrecenzować „Łzy Nemezis”, nie wahałam się ani chwili. Debiut i to taki, który trudno upolować. Zapewne jak to w przypadku debiutów. Wydawcy robią niski nakład, bo licho wie, czy się towar sprzeda. Debiut.

Miałam w związku z tymi oczekiwaniami wysokie oczekiwania względem „Łez...”. Może nie powinnam. Przecież to debiut, należy wziąć na ten fakt poprawkę. Ale najwidoczniej w trakcie czytania właśnie ten fakt jakoś uciekał mi z pola widzenia w związku z faktem, że to książka, którą napisał Rafał Dębski. I to był błąd. Rozczarowałam się. Ale najciekawsze jest to, że książka jest całkiem dobra, tyle że ja spodziewałam się czegoś więcej. Z pewnością nie wykładu o wydarzeniach z przeszłości, mających duży wpływ na fabułę. Jakiegoś ładniejszego zarysowania bohaterów. Już przecież główny bohater „Serca Żywych Gór” ma w sobie to coś. Ale w „Łzach...” tego brak.

Niby wszystko jest, a jednak nie do końca. Napięcie pada w środku powieści. To co dzieje się później wywoływało u mnie pytanie: ale po co to ciągnąć? Nie wiem, czy autor chciał w ten sposób pokazać inny kierunek w rozkładaniu napięcia w książce (akcja po połowie, brak głównego bohatera, rwana akcja), czy wynika to z niedostatków warsztatowych (w końcu to debiut książkowy), ale mnie osobiście rozczarowuje.

Chciałam zapytać samego autora, czy wersja z 2005 bardzo różni się od tej z 2009. Mail niby podany w nowym numerze SFFH, ale podejrzewam, że skrzynkę to Redaktor Naczelny ma już zapchaną protestami wiernych czytelników. Poza tym strach padł na mnie blady, że Oko Autora spojrzy w moją stronę i dokładniej będzie wczytywać się w to, co wypisuję na Paradoksie. A szkoda by było, gdyby ta recenzja nie wyszła mi tak, jak chcę. Czasem zastanawiam się, czy przypadkiem któryś autor nie stwierdzi, że psuję mu rynek, pisząc niepochlebną recenzję, i mnie pozwie. Po pierwsze nie uważam, żeby moje recenzje miały aż tak duży wpływ na czytelnictwo w Polsce, po drugie - przecież ze strachu nie będę pisać o książkach tylko dobrze skoro przykładowo na to nie zasługują.

Tak więc nie zapytałam autora, ale poczytałam sobie recenzje w sieci, zaczynając od tych zalinkowanych przez wydawcę, który - jak wiadomo - zamieszcza te najprzychylniejsze. Marketing górą!

Kiedy tak je czytałam, miałam wrażenie, że chyba czytałam inną książkę. Aż trafiłam na starą recenzję, jeszcze pierwszego wydania powieści, i ona utwierdziła mnie w przekonaniu, że „Łzy...” jednak nie przeszły gruntownej redakcji, a przynajmniej nie tak gruntownej jak mnie by odpowiadało. No cóż, szkoda, ale z drugiej strony, wtedy powstałaby chyba zupełnie inna opowieść.

A teraz zagłębiam się w historie krucjat. To taki plus dla rozwoju osobowości. +1 do wiedzy.

 

<Dopisek> Recenzja wysłana. Nie jestem z niej super zadowolona, ale nie mogłam inaczej. "Łzy Nemezis" przeczytałam szybko, ale z pisaniem szło już gorzej. Im dłużej mi to zajmowało, tym coraz więcej minusów książki przychodziło mi do głowy. Nie tak miało być.

statystyka